po prostu koci anioł
RSS
wtorek, 06 stycznia 2009

               Wszyscy opisują różne ekscytujące historie o przygodach swoich kotów, więc i ja też chciałam, jednak w wydaniu Łatka wygląda to trochę inaczej.

              Mając dziś dzień wolny od pracy, pozwoliłam sobie poczynić pewne obserwacje i notatki. Ukradkiem oczywiście. Łatek się nie zorientował i robił to, co zazwyczaj (nie wiem czy nie nadużywam tu słowa "robić", mam co do tego pewne wątpliwości).

Dzień z życia kota:

7.00-8.30  Tupoty, szurania i przegląd półek w kuchni.

8.30  Głośny i natarczywy miauk, nie da się dłużej spać, trzeba obsłużyć kota.

8.30 Śniadanko podano, ulubione chrupki, dzień zapowiada się przyjemnie.

8.35 -9.30 Trzeba odpocząć po śniadaniu. Łatek obiera strategiczne krzesło w pokoju, skąd widzi kuchnię i ogród przez okno i tam zalega.

9.30  Coś upadło, Łatek kontrolnie otworzył jedno oko, po czy szybko je znowu zamknął.

9.30 - 11.00 Słodki, nieprzerwany sen

11. 00  Łatek się budzi, wstaje z krzesła, robi koci grzbiet. Idzie na inne krzesło, zasypia.

11.00 - 13.00 Słodki, nieprzerwany sen

13.00 - Z kuchni dobiegają zapach obiadu, łatek zaczyna się budzić.

13.05  Idzie po prośbie, dostaje kawałeczek kurczaka, jest zadowolony. Na dole robi się już za głośno, trzeba się ewakuować. Łatek idzie na piętro, do gościnnego, zalega na fotelu i zasypia.

13.10 - 14.00 Słodki, nieprzerwany sen.

14.00 - Łatek ziewa.

14.00 - 15.00 Słodki nieprzerwany sen na drugim boku.

15.00 Łatek się budzi, wyraźnie szuka kolan.

15.10 - 16.30  Słodki nieprzerwany sen z mizianiem.

16.30 Czas na kolanach się wyczerpał, Łatek szuka sobie innego miejsca.

16.30 - 18.00 Słodki nieprzerwany sen, na tym samym krześle co rano.

18.00 Obudził się, bo myślał, że mu niosę coś do jedzenia.

18.00 -19.00 Słodki, nieprzerwany sen

19.00 Obudził się, bo niosłam mu coś do zjedzenia.

19.15 - 19.30 Wyprawa na dwór, szybki powrót bo w d...kę zimno.

19.30  Łatek pakuje mi się na kolana, mimo, że siedzę przy komputerze, na mizianki mu się zebrało, kasuje mi to, co napisałam i zostaje brutalnie zmuszony do opuszczenia kolan.

19.45  Słodki ....  ......

Dalej już chyba nie muszę pisać. Mam nadzieję, że w następnym wcieleniu będę kotem. 

czwartek, 01 stycznia 2009

              Czasami zastanawiam się, czy to coś, co łazi po domu z tymi wiecznie wyłupiastymi oczami pytającymi: „Kochasz mnie?”, to kot czy pies. Wygląda jak kot, ale nie zachowuje się jak kot.

               Toto coś łazi za mną po domu jak pies. Ja do sypialni - on kładzie się koło łóżka i śpi. Ja do kuchni gotować - on w progu się oblizuje. Ja do łazienki - on pod drzwiami pełen  niepokoju. Jak dziecko z chorobą sierocą. Nawet, gdy wychodzę do ogrodu on lezie za mną jak pies. Przybiega, gdy wołam go po imieniu. Wierny jak niekot.

               Niestety biedak skazany jest na częste samotne siedzenie w domu. Ale gdy tylko słyszy warkot silnika mojego auta, wybiega szybko przez swoje kocie okienko, biegnie naprzeciw drogą i wita z dala podniesionym ogonem. Nie merda wprawdzie, ale miauczy wniebogłosy.

                  Również jak pies pilnuje obejścia. Nawet jak leży rozwalony na krześle i zimowe słońce muska go po ogonie. Niech tylko jakiś kot sąsiada pojawi się w oknie. Łatek już jest w pełnej gotowości do odparcia ataku. Wybiega tajnym przejściem, wzrokiem odgania intruza i wraca w triumfalnym pochodzie. Zwycięzca. Zasłużył na pańci kolanka. Rasowy kot obronny. 

                  A może pies?

 

wtorek, 23 grudnia 2008

          Wciąż nie mogę się nadziwić, jak prędko Łatek przestawił się ze stołowania na kompoście, na „domowe” jedzenie. Jak tylko dostał własną miskę, zaczął wybrzydzać.

              Chciałam mu wynagrodzić te chude lata, kupiłam więc karmę z wyższej półki. Po kilku dniach zorientowałam się, że inne już nie tyka. Nie zapomnę, jak został w wakacje pod opieką mojej mamy, która w te wszystkie kocie grymasy nie wierzy. Dochodziły do mnie tylko smsy pisane w popłochu: „To jaka to karma?”, „Nie może być podobna?”, a gdzie ją można kupić o 10 wieczór?” 

          Kilka dni temu kupiłam dla niego zapas piersi kurczaczych. Niestety chyba leżały ze dwa dni w sklepie, bo Łatek tylko powąchał i z wyrzutem spojrzał na mnie: ”Czy wy ludzie naprawdę to jecie?”. Zjedliśmy.

           Wczoraj, przy kupowaniu mięsa, zapytałam więc ekspedientkę: „Czy to mięso jest świeże?” Ona na to, że dzisiejsze. A ja z przekonaniem i akcentem na ostatni wyraz: „To dobrze, bo wie pani, to dla kota”. Mina sprzedawczyni – bezcenna.

poniedziałek, 22 grudnia 2008

           Łatek był już w naszym domu, teraz powolutku wkraczał w nasze życie.

            Łatkowi szybko przybyły dwa kilogramy, po kocim katarze i pasażerach nie było już śladu a ja ze zdziwieniem odkryłam, że regularnie szczotkowany, z szylkretowego kota zmienił się w zwykłego, czarno- białego. No cóż...

             Dzieci zaczęły pomieszkiwać w kotłowni. Ja, co wieczór też tam chodziłam "usypiać" Łatka. Był on jeszcze bardzo płochliwy, nie przepadał za głaskaniem, nie chciał siedzieć na kolanach, uciekał, gdy ktoś wykonał gwałtowny ruch. Moje wieczorne sesje polegały więc na braniu go na kolana i śpiewaniu mu... kołysanek. Po kilku dniach - sukces. Sam wyskoczył mi na kolana.

              Po pewnym czasie nieśmiałość trochę ustąpiła ciekawości, Łatek zaczął penetrować dom. W każdej jednak chwili był w pełnej gotowości do ucieczki. Przy mnie jednak czuł się bezpiecznie. Łaził za mną po całym domu, krok w krok, nawet do łazienki. Jak pies. Jak pies też reagował na swoje imię. Wołany, potrafił przybiec galopem z najdalszego zakątka ogrodu.

              Jego ulubionym miejscem wylegiwania stały się wkrótce ... nasze kolana. Nawet mąż, który zawsze powtarzał, że woli psy, ukradkem miział go za uchem, siedząc sobie przy kominku i piwku. Sielanka. Nagle wszyscy chcieli, żeby to właśnie ich Łatek zaszczycił swoją nakolankowością. Ten, u kogo Łatek siedział, miał wszystko przynoszone pod nos, czy herbatę, czy jabłko. Łatek był bowiem nietykalny. Łatek nie drapie, nie gryzie, nie sika, nie wspina się po meblach, nie chodzi po stole, nie miauczy. Tylko mruczy i się mizia. Czy to kot, czy koci anioł?

 

niedziela, 21 grudnia 2008
                Kuracja antybiotykowa wreszcie dobiegła końca. Koci katar ustąpił, kot odzyskał apetyt i chęć do życia. Nadal pomieszkiwał w pudełku na tarasie i wydawałoby się, że wszystko jest w porządku. Do czasu.

              Pewnego dnia popsuła się pogoda i choć było lato, znacznie się oziębiło. Wtedy dotarło do mnie, że tak dalej być nie może, że muszę podjąć jakąś decyzję. Kot nie mógł dłużej mieszkać na tarasie, o posiadaniu kota w domu jednak nie było mowy. Alergia. Po głowie chodziły mi przeróżne myśli. Schronisko odpadło  w przedbiegach - to kocia umieralnia. Znajomi, cóż, kto by chciał starego wyliniałego kota, przecież tyle słodkich kociaków czeka w schroniskach na domy. Poza tym, polubiłam tego kota z przestraszonymi, ufnymi oczami. Zaczęłam wiercić dziurę w brzuchu mojemu mężowi. Może zrobi dla niego budkę w ogrodzie. Jednak ludzie z "miau" odradzili mi ten pomysł. Może jakaś szopka, stodoła...

          Bingo! Przecież mamy pomieszczenie gospodarcze. Stoi tam tylko kilka słoików z przetworami i piec gazowy. Jest tam cieplutko nawet w zimie. Pozostał tylko problem wchodzenia i wychodzenia. Po dłuższym wierceniu dziury w brzuchu mego małżonka, tenże zaczął wiercić dziurę w murach naszego nowiutkiego domu, w celu zainstalowania kocich drzwiczek. Rodzina podniosła lament straszny. Babcia: "na miłość Boską, dom się zawali!". Dom się jednak nie zawalił, a kot zyskał piękne wejście do swojego nowego apartamentu. Kocie drzwi z początku pozostawiłam otwarte, a wewnątrz KOTłowni ustawiłam miseczki z jedzeniem. Na piecu położyłam kocyk, a mąż zrobił z desek podest prowadzący do nowego legowiska. Kot, ku zdziwieniu sąsiada, szybko nauczył korzystać z kocich drzwiczek, w mig też odnalazł drogę na piec. Byłam wtedy taka szczęśliwa! Kot dostał imię - Łatek. Łatek wreszcie miał dom.

  

          

piątek, 19 grudnia 2008

         Jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć B, a czasami nawet C, D i tak dalej... Wywołałam wilka z lasu i wilk, a raczej kot, siedział teraz zawszony na moim tarasie.

              Na domiar złego okazało się, że leje mu się z nosa. Przestał też jeść. Położyłam mu na tarasie kartonowe pudełko z kocykiem w środku. O dziwo, skorzystał. Położył się w pudełku i przespał tam całą noc. Wiem, że całą, bo dla mnie była to noc bezsenna. Co dwie godziny wychodziłam z łóżka i szłam sprawdzić, czy on jeszcze tam jest. Był.   

           Wtedy decyzja już była szybka. Nazajutrz zapakowałam kota do kartonowego pudełka i  zabrałam do weterynarza. Okazało się, że oprócz wielu lokatorów, ma koci katar. Dostał antybiotyk i jeszcze dwa zastrzyki. Nie dało się pobrać krwi do badania, nie leciała, tak był odwodniony. Przyjechałam do domu i wtedy się zaczęłam dopiero zastanawiać - jak ja, z półdzikim kotem, który nie za bardzo daje się głaskać, będę codziennie jeździła do weterynarza na zastrzyk? Wypuściłam kota  z pudełka, on jednak nie uciekał w panice, poszedł pod krzaczek i leżał. Noce, które w lecie były na szczęście ciepłe, spędzał na tarasie w swoim pudełku. W czasie upalnych dni leżał pod jakimś krzaczkiem w ogrodzie. Codziennie przez dziesięć dni  z rzędu woziłam go do weterynarza na zastrzyk. Codziennie zastanawiałam się, czy rano zastanę go jeszcze w pudełku, czy będzie już miał dość mnie, wożenia do miasta i tych wszystkich zabiegów. Wciąż jednak był.

              Zastanawiałam się też, co go tu trzymało, bo na pewno nie jedzenie. Nie chciał nic jeść. Tolerował tylko żółtko rozbełtane w mleku, a i to nie zawsze. Przez tydzień latałam po całym ogrodzie za nim, z tym żółtkiem w misce, w nadziei, że dzisiaj jednak coś zje. Sąsiad zauważywszy moje manewry wkroczył do akcji. Żal mu się chyba mnie zrobiło. Poradził  mi, żebym sobie dała spokój, bo to stary kot, bo on mi przyniesie z pracy, fajnego, malutkiego kotka, jeśli już jakiegoś muszę mieć. Ale ja nie musiałam, ja chciałam, właśnie tego, już tylko tego.

              Bałam się, że kot mnie znienawidzi za to, że ciągle gdzieś go  wożę, narażam na ból. Zauważyłam jednak, że gdy weterynarz robił mu zastrzyk, on odwracał głowę, wtulał ją w moje ramiona, drżał i cierpiał w milczeniu. Nie wyrywał się, nie histeryzował, ufał mi. Bałam się, że w pewnym momencie pójdzie sobie tam skąd przyszedł, że któregoś ranka już go nie zobaczę na moim tarasie, że nie zrozumie moich intencji i wszystkich tych rzeczy, przez które musi przechodzić. On jednak nigdzie się nie wybierał.

                                                                                                             C.D.N

środa, 17 grudnia 2008

     Wszystko zaczęło się przypadkiem, choć teraz myślę, że czasami przypadkowi trzeba trochę dopomóc.            

         W naszym domu jest aż dwóch alergików, jeden mały, drugi duży. Z tych oto przyczyn wykasowałam sobie już dawno z głowy pragnienie posiadania kota. Owszem, mieliśmy rybki, żółwia, … ale to nie to samo. Moje dzieci też chciały mieć kota i gdy pewnego razu, na wakacjach, syn bawił się z małym kotkiem, który stacjonował przy kempingowej restauracji, wpadłam na pewien diabelski plan. Doszłam do wniosku, że skoro nie możemy mieć kota w domu, to możemy mieć przynajmniej dochodzącego. Tylko jak takiego znaleźć? Zaraz po przyjeździe z wakacji kupiłam miskę i napełniłam ją mięskiem. Tak uzbrojona wyszłam do naszego przydomowego ogrodu, z nadzieją, że jakiś kot złoży nam sąsiedzką wizytę. Kicialiśmy z synem przez dobre piętnaście minut i nic. Zrezygnowana, zajęłam się obiadem.         

         Nagle Kuba woła: „Mamuś, kot! Kot koło kompostu!”I rzeczywiście, na naszym kompoście był kot i pożywiał się jakimiś resztkami. Kot, to dużo powiedziane. To było coś, co z kota zostało. Chudy jak przecinek, bez kilku zębów. Jego biało-rdzawa sierść cała była pokryta jajkami wszołów. Widać było, że jego ogon był kiedyś przetrącony, a w skórze tkwił zarośnięty śrut. Obraz nędzy i rozpaczy.Gdy mnie zobaczył, wybałuszył oczy tak, że przypominały dwa talarki. Nie uciekał, ale trzymał się na dystans. Rzuciłam w jego stronę kawałeczek mięsa. Bez wahania podbiegł i zjadł. Był bardzo głodny. Czynność tą powtórzyłam kilka razy, cofając się w stronę domu. Kot szedł za mną, a raczej za mięsem. Już pod domem, na tarasie zjadł ostatni kawałek mięsa prosto z miski. Zjadł, oblizał się, popatrzył na mnie, odszedł kila kroków i położył się w trawie. Nigdzie się nie wybierał, a ja sobie pomyślałam: Masz babo, co chciałaś. No i co teraz?

                                                                        C.D.N.